Gillette Fusion ProGlide w akcji

Na początek przyznam szczerze i otwarcie - nie znoszę się golić. Dlatego gdy okazało się, że to własnie mi przypadło w udziale testowanie najnowszej maszynki ze stajni Gillette, byłem delikatnie mówiąc nieszczęśliwy. Nie uprzedzając się jednak nic a nic, przystąpiłem do testów.

Pierwsze wrażenie - jak najbardziej pozytywne. Wygląd maszynki z pewnością predestynuje ją do miana golarki przyszłości. Uczucie nowoczesności potęguje dodatkowo podświetlany na niebiesko przycisk wibracji. Za futurystycznym wyglądem idzie na szczęście w parze funkcjonalność. Podczas golenia szczególnie istotne jest by maszynka nie ślizgała się w wilgotnych dłoniach. Używając ProGlide możemy na dobre zapomnieć o takich przygodach. Tak więc za design wielkie brawa.

Jednak maszynka nie ma ładnie wyglądać, tylko golić dobrze. Jak jest w przypadku Gillette Fusion ProGlide? Cóż, wieloma już dziwnymi narzędziami przyszło mi się w życiu golić, ale komfortu takiego jak przy użyciu ProGlide jeszcze nie zaznałem. Największa w tym zasługa pięciu nowej generacji ostrzy, które pozwalają na dokładniejsze golenie przy mniejszej liczbie pociągnięć (co oznacza automatycznie mniej zacięć). Nie bez znaczenia są także pasek nawilżający oraz wibracje. W walce z co niektórymi toporniejszymi włoskami doskonale sprawdza się natomiast trymer, wyposażony w mikrogrzebień.

W testowanym zestawie poza maszynką znajdowały się także żel do golenia i krem nawilżający. Szczególnie ten drugi wywarł na mnie pozytywne wrażenie, bardzo przyjemnym zapachem i szybkim działaniem. Praktycznie już w kilka sekund po aplikacji (i to bez nieprzyjemnego szczypania) uczucie suchości skóry zniknęło.

Podsumowując, dzięki swojej najnowszej maszynce Gillette udowodniło, że przyszłość kryje się w codzienności, i że nawet przy tak prozaicznym zajęciu jak golenie wprowadzać można innowacje i nowoczesne technologie, ułatwiające człowiekowi życie.